Praca, dom, mata

W pielęgniarstwie zakochałam się dopiero w Anglii, choć mama od zawsze suszyła mi głowę, żeby od razu się zdecydować na ten zawód. Ale wtedy Polsce, w latach 90. był szał na magistra i ważny papierek, więc poszłam na uniwersytet, „na finanse”. W porównaniu z opiekowaniem się innymi księgowość i finanse są jednak potwornie nudne. I, jak się wkrótce okazało, na niewiele mi się w życiu przydały.

W Anglii zaczynałam jako opiekunka domowa. To było niesamowite przeżycie. Zakochałam się w tej pracy i w systemie angielskim. Miałam okazję zobaczyć, jak żyją ludzie starsi, którzy są pozostawieni sami przez rodzinę w domu. Albo poznać młodych ludzi po wypadkach czy z rzadkimi chorobami, którzy wciąż żyli z uśmiechem na twarzy. Brytyjski rząd zapewniał wszystkim doskonałą opiekę. Odpowiedni sprzęt w domu, przystosowane samochody, pielęgniarki pod telefonem. To był inny świat, dużo lepszy niż w Polsce, gdzie starsi i niepełnosprawni są pozbawieni wsparcia, bywa, że głodują albo pozostają w domu jak w więzieniu. Moje serce się wtedy otworzyło i zmiękło. Decyzja o zdobyciu kwalifikacji na pielęgniarstwo nie była trudna, ale droga do tego w Anglii okazała się bezsensownie długa. W końcu z opieki domowej przeniosłam się do szpitala, gdzie zostałam asystentką pielęgniarki, a później zaliczyłam kilka lat kursów i wirtualny uniwersytet. Śmieszne było to, że musiałam zrobić podstawowy kurs matematyki, gdzie uczono mnie, jak dodawać i odejmować. Nauczyciel się dziwił, że liczyłam szybciej na papierku niż inni na kalkulatorze. Ale musiałam to zrobić, bo minęło za dużo czasu od moich studiów. Chyba myśleli tutaj, że matematykę się zapomina. 

Szpital

Praca asystentki w angielskim szpitalu była fascynująca. Pacjentów bardzo się tu szanuje. Ich zdanie liczyło się zawsze. Prywatność, wolność słowa czy preferencje dietetyczne. Wszystko było na pierwszym miejscu. 

Tyle że Anglicy, bez względu na to, skąd pochodzą i jakiej są rasy, nie szanują ani systemu, ani pielęgniarek, ani lekarzy. System jest wspaniały, jeśli chodzi o dostarczanie opieki pacjentom. A raczej był wspaniały, bo dużo się przez lata zmieniło…

Stres

Nadal kocham swoją pracę, ale z dnia dzień staje się coraz bardzo stresująca. Presja ze strony menadżerki i lekarzy, a także wymagania i obrażanie przez pacjentów czasami nie pozwalały mi na spokojny sen. Najgorsze było mycie tych po zgonie i przygotowywanie ich do kostnicy. Tak tak, my myjemy pacjentów po zgonie, a jak trzeba, to ich golimy. Wyobraźcie sobie siedem osób po operacjach, które trzeba doglądać przynajmniej co pół godziny, a tu nagle jedna odchodzi. Więc dla odmiany nie zajmujesz się już życiem, a śmiercią, rozmawiasz z rodziną, ze łzami w oczach, po czym odwracasz się na pięcie i idziesz zrobić herbatę panu, który właśnie przyjechał z operacyjnego i domaga się czegoś ciepłego do picia. Taki rodzaj pracy może łatwo przyprawić o depresję. 

Lekarstwo

Od początku starałam się swoje stresy „rozchodzić”. Zawsze dużo ćwiczyłam na siłowni, biegałam, pływałam, tłukłam w rękawicach worek do boksu, bo musiałam się gdzieś wyżyć. Ćwiczenia zmieniają stężenie hormonów w organizmie. Przywracają odrobinę tych, które są z nas wysysane w pracy. Czasem po jednej zmianie czuję się, jakby przejechał po mnie czołg. Teraz ciekawostka. Pielęgniarki w Anglii mają opinię alkoholiczek. Butelka wina po pracy to normalka. Też próbowałam, ale nie zadziałało. Alkohol tylko zagęszcza tę ciemność wokół mnie.

Krav maga

Z zajęć karate i z siłowni przeniosłam się na krav magę. To dopiero było odkrycie!!! Wejście do klubu i trenowanie ze wspaniałymi ludźmi, którzy też przychodzą tu, żeby się odstresować, jest najlepszą terapią na świecie. Oprócz łażenia po górach, ale o tym zaraz wspomnę. 

Krav maga pozwala uwalniać całą negatywną energię i przy okazji uczy „sztuczek” bardzo przydatnych w życiu. Zdarza się, że trenuję codziennie, bo to całkowicie wyłącza mózg. Trzeba się skupić na technice, na tym, co się robi, żeby to dobrze wyszło. Nie ma mowy o myśleniu o pracy na macie. Ciężkie rozgrzewki i boksowanie wystrzeliły u mnie dopaminę aż pod sufit. 

Góry

Trening to jedna sprawa, ale świeże powietrze, brak ludzi i cisza w naturze też czynią cuda. Prawie tak samo jak medytacje. Bo oczywiście takie wspinanie się i kojenie oczu niesamowitymi widokami stanowią rodzaj medytacji. Po całym dniu na oddziale aż się chce tego tlenu i tej ciszy. Mój partner się dziwi, że tak lubię siedzieć w ciemności i w ciszy, ale tylko wtedy cichną mi w głowie ciągłe pokrzykiwania: „Nurse, nurse, nurse!!!”. 

Nie wyobrażam sobie dziś życia ani bez wysiłku fizycznego, ani bez natury. Najchętniej zamieszkałabym gdzieś w bezludnym lesie w chatce z własną siłownią. 

Misja

Całe to moje pielęgniarstwo i opieka dostarczają dużo problemów, codziennie balansuję na granicy nerwicy. Zaczęłam więc treningi, podczas których mogłam wziąć pod skrzydła inne kobiety i trochę je podbudować, potrenować, zaopiekować się nimi. Krav maga przyciąga ludzi, którzy doświadczyli krzywd lub nawet przemocy. To takie moje doładowanie się doładowaniem innych. Udzielam tym kobietom pomocy w pomieszczeniu zupełnie innym niż szpital. To mi daje szczęście i poczucie, że może robię w życiu coś dobrego. 

Po latach trenowania krav magi w końcu zostałam instruktorką i zamierzam pomagać kobietom, które przeszły albo przechodzą w życiu ciężkie chwile. Przekazuję im wiedzę i pomagam w odbudowaniu poczucia własnej wartości. A to sprawia, że czuję się trochę jak anioł (☺). A tak naprawdę wciąż uprawiam pielęgniarstwo poza pracą, bo opieka i pomoc to w pielęgniarstwie podstawy. To system i ludzie powodują, że bywa takie ciężkie. Mam cichą nadzieję, że pewnego dnia namówię te wszystkie zranione kobietki na wycieczkę w góry i pokażę im, że świat jest piękny i nie kończy się na pracy i domu. 

Sylwia Zielińska



Najnowsze